Po ostatnich swoich przeżyciach związanych z nauczaniem, a dokładniej mówiąc egzaminowaniem studentów postanowiłem zająć się publicystyką. Hmmm, duże słowo jak na początek, ale ma dać ono raczej wyraz pewnej przewrotności. Zresztą to samo tyczy się tytułu, który być może trochę przypomina słynną książkę guru marketingu, pt. "Kotler o marketingu". Jednak zdecydowanie nie będę się ubiegać o pozycję profesora Kotlera - chciałbym po prostu zaznaczyć, że będą to moje spostrzeżenia na temat tego, co dzieje się w polskim, ale nie tylko e-binesie. Zatem przystępując do dzieła zapraszam Państwa do czytania i dzielenia się ze mną swoimi poglądami.
Jak wspomniałem we wprowadzeniu, do mam nadzieję cyklu felietonów, natchnieniem do pisania był dla mnie kontakt ze studentami. Po ostatnim egzaminie z handlu elektronicznego, który przeprowadzałem w grupie studentów - poprawkowiczów zastanawiałem się, czy nie wystąpić do Uczelni o dodatek za pracę w szkodliwych warunkach. Pewnie zapytacie Państwo: dlaczego? Zatem od początku - egzamin był już egzaminem poprawkowym, i zgodnie z tradycją, zdecydowaną większość Studentów przystępujących do tego egzaminu stanowili Ci, których na wykładach raczej nie widziałem. Ich wiedza o tym, czym jest handel elektroniczny, czym jest e-biznes bierze się zatem z prasy publicystycznej, książek, czasami relacji znajomych, ale przede wszystkim z relacji dostarczanych przez różne środki masowego przekazu ze wskazaniem na telewizję. Pytanie postawione przeze mnie było dość przewrotne - scharakteryzuj poprawnie zaprojektowany sklep internetowy. Dlaczego przewrotne? Po prostu student mógł pisać wszystko, co w danym temacie wie. Szoku doznałem w momencie sprawdzania prac - okazało się bowiem, że w poprawnie zaprojektowanym sklepie internetowym brakuje tak właściwie tylko podjazdu dla osób niepełnosprawnych. Dla większości tych młodych osób sklep internetowy nie różnił się właściwie niczym od tradycyjnego sklepu - nie byli oni w stanie umiejscowić nawet faktu, że realia funkcjonowania w Sieci nie pozwalają na stworzenie przysłowiowego już podjazdu. Fakt ten obudził we mnie instynkt badacza - zmusił mnie do myślenia i szukania, jakie informacje są przekazywane przez polskie media, czy osoba, która czyta, np. różne internetowe newsy może zyskiwać pozytywną wiedzę o działalności e-biznesowej.
Nie pozostało zatem nic innego jak zrobić sobie kawę, zasiąść przy biurku i przeszukać wirtualne zasoby informacji. Jak każdy - nawet początkujący - internauta wie, Internet jest nieocenioną skarbnicą ... śmieci informacyjnych i wyszukanie niezbędnych danych czasami stanowi poważny problem. Postawiłem się jednak w pozycji laika i odwiedzałem po kolei portale internetowe. Moją ciekawość wzbudziły informacje w portalu o2.pl, które kierowały "poszukiwacza" do serwisu www.wirtualmedia.pl. Po przejrzeniu serwisu natrafiłem na ciekawy tytuł: "Sukces internetowej kampanii PZU". Przeczytawszy kilka pierwszych fragmentów tekstu zdałem sobie sprawę, jaką wiedzę, a w zasadzie, jaki mętlik w głowach muszą mieć osoby, które e-biznesem chcą się w Polsce zająć. Otóż, w artykule można przeczytać: "6 000 000 internautów miało bezpośredni kontakt z internetową kampanią prewencyjną PZU SA ,,Bezpieczny rajd", zorganizowaną we współpracy z Agencją Interaktywną HYPERmedia. To kolejny dowód na to, że rośnie skuteczność komunikacji internetowej, a wykorzystanie tego medium do promocji coraz bardziej się opłaca". Wynik zapewne bardzo ciekawy i godny pochwalenia się, gdyby nie jeden drobny fakt. O ile mi wiadomo, to kampania PZU była kierowana do obywateli zamieszkujących na terenie Polski i należy przyjąć z dużym prawdopodobieństwem, że właśnie do takich osób trafiła. Dlaczego zatem podaje się liczbę 6 mln internautów???
Taka wielkość wskazywałaby na fakt, że właściwie wszyscy polscy użytkownicy Internetu musieliby obejrzeć ... no właśnie co? Bo tym już się nikt nie chce pochwalić. Warto jednak odnotować, że jak podaje sama firma prowadząca kampanię, stronę serwisu "Bezpieczny Rajd" odwiedziło ponad 200 000 internautów, czyli skuteczność wyświetlenia - przyjmijmy - banera do odwiedzin strony wynosi 3,33% - a ta liczba już tak różowo nie wygląda. Kolejny problem, który rodzi się z tej nieścisłej informacji to fakt, że właściwie w tym samym czasie ukazał się raport Interactive Advertising Bureau Polska (www.iab.pl), który zakłada, że: "pomimo wciąż wysokich kosztów dostępu, liczba polskich użytkowników Internetu nadal wzrasta, a dynamika wzrostu w pierwszej połowie 2004 roku była szczególnie wysoka. Od końca grudnia 2003 roku po raz pierwszy liczba internautów wzrosła o milion osób, osiągając w końcu czerwca 2004 wartość 7,45 mln. IAB szacuje, że do końca 2004 roku liczba internautów zbliży się do 8 milionów". Wg innych agencji liczba polskich internautów waha się od 5 do 8 mln, co potwierdza fakt, że dane przedstawione przez twórców kampanii są chyba lekko zawyżone. No i jak ma mnie, wobec takich sprzecznych i dziwnie czasami podawanych informacji o polskim Internecie, nie dziwić odpowiedź studenta na pytanie: "jakie są sposoby komunikacji on-line?", która brzmiała (cytat): "komunikacja internetowego sklepu z klientem jest to możliwość porozumiewania się za pomocą Internetu co jest jedyną możliwością komunikowania się, ponieważ w handlu elektronicznym klient nie ma dostępu do towaru, więc opiera swoją decyzję o wejście w relację z przedsiębiorstwem na przekazanych przez przedsiębiorstwo informacjach, dlatego właśnie jakość i sposoby komunikacji są bardzo istotne" - czyżbyśmy wchodzili w teorię chaosu?
I tak oto naszkicował mi się pierwszy dylemat "młodego" menedżera, który ma działać w wirtualnym środowisku. Dla każdego, kto zajmuje się zarządzaniem i prowadzeniem biznesu jasne jest, że podstawą tego biznesu powinny być liczby. W polskich warunkach niestety trudno mówić o liczbach, bo np. cóż to za zdefiniowanie internauty jako użytkownika Internetu w wieku od 15 do 70 lat, który z Sieci korzysta minimum raz w miesiącu? W takim przypadku żaden specjalista od marketingu nie podejmie się prognozowania sprzedaży, analizy rynku, nie mówiąc już o jego segmentacji, czy też personalizacji. Jeżeli zastanawiacie się jeszcze co ten termin oznacza to nie słuchajcie moich studentów, gdyż wtedy moglibyście się dowiedzieć, że: (cytat!!!) "personalizacja sklepu internetowego ma za zadanie, aby klient kojarzył ten akurat sklep a nie inny. Jest to przede wszystkim nadanie odpowiedniej nazwy temu sklepu..." - rzecz jasna z personalizacją ma to tyle wspólnego co z... chyba z niczym. Pozostaje zatem działanie doraźne, jednak zdecydowanie nie w taki sposób jak w poprzedzającym cytacie, ale ... o tym może następnym razem jeżeli będziecie Państwo mieli ochotę jeszcze mnie poczytać. Na koniec dla pogłębienia teorii chaosu odnośnie wiedzy o polskim biznesie jeszcze jeden cytat z pracy naukowej (!): "otóż przedsiębiorstwa muszą być w stanie dokonać identyfikacji i personifikacji swoich klientów..." - ja wiem, że na ekrany kin wszedł właśnie film "Ja robot", ale może niech nie robią z nas jeszcze robotów, bo chyba personifikować nas nie trzeba. Mam nadzieję, że do kolejnego przeczytania.
Piotr Drygas
Aktualnie:
współpracownik - Olsztyńska Szkoła Biznesu, współpracownik - Akademia Menedżera Sp. z o.o, współpracownik - Instytut Biznesu Kalisz, właściciel ;) - e-Drygas.info, Asystent - Akademia Ekonomiczna w Poznaniu